Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzeum. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzeum. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 lutego 2016

Muzea Malagi

Jedną z nowych atrakcji Malagi (od 2015 roku) jest Centre Pompidou.


To pierwsza zagraniczna filia paryskiego muzeum sztuki współczesnej o tej samej nazwie. Wystawa stała prezentuje sztukę końca wieku XIX oraz XX wieczną. Podzielona jest na pięć działów "Metamorfozy", "Autoportrety", "Człowiek bez twarzy", "Ciało polityczne" oraz "Ciało w kawałkach".
Tematyka jest dość ciężka i potrzeba nieco samozaparcia, aby nie zrezygnować w połowie. Ale prace tam zgromadzone są ważne i chyba dobrze ilustrują ten fragment historii sztuki.


Dla odreagowania serwujemy sobie lokalny lunch w małej restauracyjce "La Recova".



Po czym zwiedzamy muzeum malarstwa romantycznego Carmen Thyssen.



poniedziałek, 7 lipca 2014

Okolice Warszawy - Konstancin i Wilanów

Tegoroczne wakacje będziemy spędzać w Beskidzie Niskim. Najpierw trzeba jednak tam dojechać. Trasa w Beskidy przebiega przez Warszawę i Rzeszów.
Ponieważ w stolicy jesteśmy tylko jeden dzień, nie mamy czasu na zbyt wiele atrakcji. Sytuację dodatkowo komplikuje upał. Dlatego decydujemy się na miejsca zacienione, albo klimatyzowane. Na początek odwiedzamy podwarszawski Konstancin. Miejscowość to elegancka, z bardzo ładnym parkiem zdrojowym. Naszą uwagę zwraca nietypowa biblioteka:
To raczej samoobsługowy punkt, gdzie można pobrać i zwrócić książki. Ciekawa inicjatywa.
Po Konstancinie jedziemy do Wilanowa. Trochę dlatego, by odświeżyć pamięć. Byliśmy tam jako dzieci, albo nastolatki i chcemy zobaczyć co się zmieniło. Okolica Pałacu oraz parku robi bardzo dobre wrażenie: parking z wystarczającą liczbą miejsc, dużo różnorodnych restauracji, ogólna czystość i elegancja.
Park, budynki wokół i ogrody pałacowe także są bardzo eleganckie i najzwyczajniej "cieszą oczy".


Najsłabszym punktem programu jest muzeum we wnętrzu pałacu. Dość statyczne, zbyt często poprzegradzane barierkami uniemożliwiającymi podziwianie eksponatów. Niektóre sale są też niezbyt dobrze oświetlone. 
Jak zwykle szukamy ciekawych detali:


Miłą wizytę kończy lunch w restauracji "Kulturalna Kuźnia". Polecamy chłodniki: litewski i ogórkowy!


niedziela, 13 października 2013

"Where some dreams come true, some not"

Niedzielne przedpołudnie spędzamy w Getty Center. To imponujące muzeum sztuki, gdzie zgromadzono obrazy, rzeźby, sztukę użytkową, fotografie od średniowiecza po czasy współczesne. Muzeum zostało ufundowane przez miliardera J.P. Getty, który zostawił w spadku 1.3 mld dolarów z życzeniem, by takie miejsce powstało i było dostępne dla wszystkich. Wstęp jest darmowy, płaci się tylko za parking. Na terenie dostępni są przewodnicy, którzy służą informacjami na temat zgromadzonych kolekcji oraz architektury samego centrum.
Ekspozycje mieszczą się w kilku budynkach, rozmieszczonych wokół centralnego placu. Budynki otoczone są ogrodami i tarasami widokowymi, skąd można podziwiać Los Angeles.




Kolekcje mają charakter przeglądowy, tj. pokazują najbardziej charakterystyczne dzieła dla danego okresu. Miłośnicy renesansu znajdą tu obrazy Leonarda da Vinci, Rafaela. Ci którzy lubią sztukę flamandzką mogą podziwiać m.in. Rembrandta. Impresjonistów reprezentują płótna Moneta, Maneta, Renoire'a, Degasa. Są też prace Van Gogha (np. sławne "Irysy").


Po wizycie w muzeum jedziemy na plażę, do Malibu. Nie różni się specjalnie od innych miejscowości nadmorskich. Może poza rozmiarami jachtów, pływających wzdłuż wybrzeża.



Zachód słońca podziwiamy na Mulholland Drive. To kręta droga wijąca się przez góry Wschodnie Santa Monica oraz wzgórza Hollywood. Znana jest z wielu filmów, np. "Mulholland Drive" Davida Lyncha. A także ze wspaniałych punktów widokowych na Los Angeles.



Wieczór spędzamy na Hollywood Boulvard - "obowiązkowym" punkcie dla turysty.



Patrząc na nazwy miejsc, które widzieliśmy, można pomyśleć że to nie wiadomo jakie cuda. Niby tak, bo z daleka Los Angeles wygląda imponująco. Jednak przejeżdżając przez nie ma się wrażenie tymczasowości i kiczu: dość dziurawe drogi, architektura w wielu miejscach "magazynowa", brud (nawet w centrum), dużo (wieczorem bardzo dużo) bezdomnych. Oczywiście, są luksusowe osiedla i wille za płotami czy na wzgórzach wokół miasta, ale giną w ogólnym bałaganie.
Chyba nie jesteśmy w tych wrażeniach odosobnieni. Cytując za Douglasem Adamsem ("Cześć i dzięki za ryby"): "... jechali ku zachodowi słońca, którego nikt z odrobiną wrażliwości nie zabudowałby miastem o wyglądzie Los Angeles."

Hollywood Boulvard to powódź plastiku i mocno zatłoczone miejsce.


Na pewno jest bardzo atrakcyjne dla dzieci (i nie tylko), które mogą spotkać bohaterów swoich bajek i filmów "na żywo".


poniedziałek, 7 października 2013

Żal nam Zion...

Ponieważ do Zion przyjechaliśmy dość późno, nie mieliśmy zbyt wiele czasu na rozeznanie. Mogliśmy tylko się zorientować, że hotel, w którym śpimy, "Majestic View Lodge", jest godny swojej nazwy.


Widok z balkonu mamy istotnie majestatyczny. Przy hotelu znajduje się dość kuriozalne muzeum "dzikiej przyrody" - wypchane zwierzęta przedstawione w różnych sytuacjach (na przykład polowanie watahy wilków na łosia):


Rankiem udaje się zrobić kilka zdjęć z panoramą parku Zion




Zion to park, po którym mamy największy niedosyt. Na pierwszy rzut oka było widać, że oferuje on bardzo wiele. Pojawia się nieśmiała myśl, że trzeba będzie tu wrócić...
Na razie jedziemy dalej, w stronę Death Valley. 



piątek, 4 października 2013

W drodze do Bryce

Z rana przejeżdżamy jeszcze raz przez park Capitol Reef. Możemy to zrobić, bo nie zamknięto ogólnie dostępnych dróg. Dzięki temu mamy chociaż namiastkę tego, co można tam zobaczyć.











Pierwszą część dnia kończymy w Torrey - przyjemnym miasteczku, będącym zapleczem parku.



Po lunchu jedziemy trasą widokową nr 12 (12 Scenic Byway) w stronę Bryce Canyon. Co to była za droga! Zapierające dech w piersiach widoki przez cały czas, ciekawa, kręta szosa.



Po drodze zwiedzamy muzeum poświęcone Indianom Pueblo - raczej słabo wyeksponowane stanowisko archeologiczne, dające wyobrażenie o tym, jak Indianie żyli w latach 1000-1300.


Pod wieczór jesteśmy w Bryce. Okazuje się, że jest jedno miejsce, z którego można chociaż fragmentarycznie obejrzeć kanion. Jedziemy tam "na zwiad". I faktycznie - udostępniony jest teren prywatny, skąd po krótkim spacerze można przedostać się na teren parku i obejrzeć kawałek kanionu.



piątek, 13 lipca 2007

Kabelvag i akwarium

Poznajemy życie mórz północnych.

Ostatni pełny dzień na Lofotach. Ponieważ od rana pada, jedziemy do akwarium w Kabelvag. Bardzo fajne miejsce! Dużo ciekawych okazów ryb z mórz północnych można podziwiać w akwariach. Na zewnątrz można oglądać karmienie fok i wydr.





Po Kabelvag jedziemy jeszcze do Svolvaer - raczej po to by odwlec moment rozpoczęcia sprzątania.
W końcu docieramy do Kleppstad i zaczynamy porządki. Idzie to sprawnie. Na drugi dzień musimy wyjechać rano na prom.






środa, 11 lipca 2007

Z wizytą u Wikingów i na plażach

Dzień bogaty we wrażenia różnego rodzaju.

Zwiedzamy odrestaurowany gród Wikingów w Borg (Lofotr Museum). Ciekawa wycieczka, trwająca prawie 3 godziny. Obejrzeć można odrestaurowane warsztaty Wikingów, salę biesiadną, kuźnię. Można przepłynąć się łodzią z czasów Eryka Rudego (o 13.00), a nawet zjeść zupę prosto z kociołka rozstawionego nad prawdziwym paleniskiem. Wyruszyliśmy później, ze względu na pogodę - z rana padało, było pochmurnie i ponuro. Na szczęście w ciągu dnia się przejaśniło.



W drodze z Borg zjeżdżamy z szosy głównej do jedynego na świecie muzeum dekoracji świątecznych i Trolli. Prowadzi je na własną rękę lokalny pasjonat, który od 40 lat kolekcjonuje zabawki, bombki i inne akcesoria związane z okresem świąt Bożego Narodzenia. W kolekcji ma takie kurioza jak bombki ze swastyką produkowane w III Rzeszy czy figurki Św. Mikołaja ze skośnymi oczami (bo przywiezione z Japonii).





Wieczorem postanawiamy przejechać się na plażę. Najpierw wybieramy znaną już nam z "widzenia" plażę w Rorvika, położoną przy rozwidleniu E10 i drogi na Henningsvaer. Plaża nieco mniejsza niż za dnia ze względu na przypływ.
Potem zachęceni jedziemy na plażę położoną w Kalle, kilka kilometrów dalej. I to jest to! Miejsce jest przeznaczone jako parking dla przyczep i samochodów kempingowych. My zwiedzamy okoliczne skałki co kończy się kilkoma odkryciami: rosnącymi dziko owocami moroszki oraz fantastycznymi widokami. Na widok moroszki niektórzy z nas dostają przysłowiowego "fiksum-dyrdum", ale wychodzi to wszystkim na zdrowie. Spędzamy na tej plaży czas do północy.