Pokazywanie postów oznaczonych etykietą architektura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą architektura. Pokaż wszystkie posty

sobota, 22 sierpnia 2015

Odkrywanie Pojezierza Drawskiego

W tym roku mieliśmy okazję zatrzymać się na 3 dni na Pojezierzu Drawskim i pozwiedzać kilka miejscowości rozrzuconych na tym obszarze.
Jest to niewątpliwie jeden z najpiękniejszych obszarów w Polsce północnej pod względem krajobrazowym - pagórki, lasy i jeziora są miłą "pożywką dla oczu". Jesienią musi być tam jeszcze piękniej niż latem, bo lasy są liściaste.


Ale oprócz krajobrazu i przyrody Pojezierze Drawskie pełne jest pamiątek historycznych w postaci zabytkowych pałaców, budynków, dworków, kościołów. My mieliśmy czas na obejrzenie zaledwie kilku z nich.

Kościół św. Trójcy w Czaplinku

Niewielki kościół położony 5 minut drogi od rynku jest dumą mieszkańców. Wnętrze kościoła dostępne jest tylko z przewodnikiem. Można go znaleźć w rynku, w punkcie informacji turystycznej. Pan przewodnik ciekawie opowiada o Czaplinku, kościele i innych ciekawostkach związanych z regionem. We wnętrzu mieści się barokowy ołtarz.
Inne miejsce warte odwiedzenia to Izba Pamięci, znajdująca się w tym samym miejscu co informacja turystyczna, na Rynku. Zebrano tam najrozmaitsze pamiątki z Czaplinka i okolic. Znaleźć tam można praktycznie wszystko: stare kapsle, używane kiedyś do zamykania butelek ze śmietaną, stary powiększalnik fotograficzny, sztandar lokalnej organizacji ZBoWiD, widokówki z XIX w. przedstawiające Czaplinek, narzędzia i sprzęty domowe.




Samo miasteczko jest dość spokojne i powoli jest odrestaurowywane. Rynek wygląda już ładnie, promenada nad jeziorem również. Inne ulice muszą jeszcze trochę poczekać.

Siemczyno

To mała wieś położona kilka kilometrów na zachód od Czaplinka. Znajduje się tam pałac, w przeszłości z pewnością jeden ze świetniejszych w tym regionie. Po 1945 roku spełniał różne funkcje - były tu m.in. mieszkania, szkoła podstawowa. Przez te lata zwyczajnie podupadł. Od kilku lat jest restaurowany, głównie siłami prywatnych inwestorów. Pracy jest jeszcze bardzo wiele, ale obiekt ma potencjał.





Stare Drawsko (i zamek Drahim)

Tutaj zatrzymaliśmy się na nocleg i hotelu-restauracji "Stary Drahim". Polecamy tamtejszy specjał - "flaczki z lina", najlepiej serwowane z piwem miodowym z Połczyna. Smakowitość!
Inna atrakcja to ruiny zamku Drahim. Zamek należał w przeszłości do Joannitów. Teraz w jego ruinach znajduje się muzeum. Dość ciekawe, choćby ze względu na fakt, że można się tam ubrać w stroje dworskie, postrzelać z łuku, czy dać się zamknąć w jednoosobowym "więzieniu".


Dość sporym zaskoczeniem dla nas było to, że miejscowości te praktycznie nie ucierpiały w czasie II wojny światowej. Największych spustoszeń dokonała zachłanna urbanizacja przeprowadzana w latach 70. 

 

poniedziałek, 14 października 2013

Ostatni przystanek

San Diego to nasz ostatni przystanek tych wakacji. I bardzo miła niespodzianka na koniec, ponieważ okazuje się bardzo ładne, czyste i oferuje mnóstwo atrakcji. Jesteśmy ograniczeni czasowo, więc wybieramy wizytę w Old Town - najstarszej dzielnicy miasta. Obecnie oryginalne budynki z początku XIX wieku pełnią nadal swoją funkcję (np. sklepy), lub zostały zamienione w muzea (np. stajnia, czy szkoła).


Old Town ma charakter meksykański, co dla nas jest bardzo egzotyczne.






Po południu jedziemy do centrum i spacerujemy po wybrzeżu, przy którym zacumowano lotniskowiec USS Midway.


To jednak tylko "rzut okiem" na to miasto. W San Diego można spędzić znacznie więcej czasu i np. zwiedzić słynne Zoo, muzeum morskie, park Balboa. Może uda się nam to następnym razem...







sobota, 28 września 2013

Grand Canyon i droga do Page

Powiedzmy sobie szczerze, że aby dobrze poznać i zwiedzić to cudo przyrody, trzeba by było kilku tygodni, a nie pół dnia - a tyle mieliśmy.
Zaczęliśmy wcześnie, bo przed wschodem słońca. Dzięki temu udało się sfotografować fragmenty kanionu w ładnym świetle. Tak nawiasem mówiąc, słońce wschodzi w Kanionie bardzo szybko, dając tak naprawdę kilkanaście minut na zrobienie zdjęcia.


Po śniadaniu idziemy na dłuższą wycieczkę pieszą wzdłuż górnej krawędzi. Wycieczka jest "kombinowana", tj. czasami posiłkujemy się autobusem, który przejeżdża wzdłuż trasy co 15 minut. Przystanki są rozlokowane co 2 km, także praktycznie każdy może skorzystać z uroków natury i nie martwić się o to czy wytrwa. Wygodne to i praktyczne rozwiązanie. My "zaliczyliśmy" Hopi Point, z widokiem na rzekę Kolorado, Mohave Point - który najlepiej się prezentuje o wschodzie i zachodzie słońca, Pima Point oraz Hermits Rest.
Po drodze oprócz skał mogliśmy zapoznać się z niektórymi zwierzętami zamieszkującymi te tereny:



Oczywiście są też szlaki piesze z prawdziwego zdarzenia, prowadzące do samego koryta rzeki Kolorado. Tyle, że trzeba pokonać różnice wzniesień ok. 2000 m, co już jest wycieczką co najmniej jednodniową.

Park jest zorganizowany bardzo rozsądnie. Mimo wielkiej liczby zwiedzających (3 mln rocznie), nie widać ani tłumów (przynajmniej na szlakach), ani śmieci. To chyba za sprawą tego, że punkty z żywnością oraz napojami są skoncentrowane w kilku miejscach (na początku szlaku). Budynki w parku są wkomponowane w krajobraz i go nie zakłócają.

Wstęp do parku kosztuje $25 od samochodu, ale w tę cenę wliczone są np. przejazdy autobusem, o którym pisaliśmy wyżej. Noclegi wahają się od $94 do $160. Syta (choć niekoniecznie smaczna; o tym napiszemy w osobnym poście) obiado-kolacja dla dwóch osób kosztuje ok. $35.
Pamiątki, takie jak kartki pocztowe (30-50 c), długopisy ($2.50), czy kalendarze (od $4.50) z widokami cenowo nie odbiegają od norm europejskich, może są nieco tańsze. Pamiątki amerykańskie są jednak mniej kiczowate. Dominują wyroby wyprodukowane w USA, bardzo mało jest chińszczyzny.

Po południu jedziemy na wschód, do Page. Wjeżdżamy od strony południowej, gdzie wzdłuż ulicy rozlokowanych jest 7 kościołów różnych wyznań - stoją kilkadziesiąt metrów od siebie. Jak się później dowiedzieliśmy, wzięło się to stąd, że rząd dotował grunt pod zabudowę sakralną właśnie na takim krótkim odcinku. Sam budynek kościoła (świątyni) to niewielka, prosta budowla, czasem z wieżyczką. Nie ma nic wspólnego z kościołami, które znamy z Polski.



niedziela, 18 sierpnia 2013

"Typowa" Holandia

Tegoroczne lato upływa nam pod znakiem wizyt różnych gości, którzy oprócz spotkania z nami chcą zobaczyć Holandię, przynajmniej te jej najbardziej charakterystyczne miejsca i fragmenty. Ponieważ mieszkamy tutaj już jakiś czas, zawsze mamy dylemat, kiedy pada pytanie na temat potencjalnych miejsc godnych zobaczenia. Mamy bowiem świadomość, że po powrocie z wakacji większość chce mieć pamiątki i świadomość, że "zaliczyła" wizytówki odwiedzonych miejsc. Z drugiej strony wiemy, że te "wizytówki" to nierzadko mieszanka, owszem, autentyzmu, ale też sztuczności, przemyślnej kreacji marketingowej, za to z gwarancją niemałych tłumów na miejscu. Dlatego przez lata wypracowaliśmy taki mały schemat "typowej", ale jednak innej niż w przewodniku, albo biurze podróży marszruty przez Holandię.

Wizytówki Niderlandów

Z czym kojarzy się większości ludzi Holandia? Wymieniając jednym tchem: z wiatrakami, tulipanami, kanałami, drewnianymi chodakami (klompami), Amsterdamem. Przy dłuższym zastanowieniu: z malarstwem, porządkiem przestrzennym, wolnością przekonań i liberalnością prawa oraz przepisów, może piłką nożną. I tak właśnie ustawiane są programy większości wycieczek zorganizowanych:
Amsterdam (z obowiązkowym przepłynięciem się stateczkiem po kanałach), Kinderdijk (bo wiatraki), wiosną Keukenhof (bo tulipanowe pola i bajeczna wystawa kwiatów w otwartym ogrodzie), Haga (bo siedziba parlamentu, premiera i Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości), Delft (bo "Dziewczyna z perłą" Vermeera i jego pracownia w tym mieście). 
Oczywiście niewątpliwie są to jedne z najbardziej typowych miejsc w kraju i z pewnością spełnią oczekiwania 80-90 procent zwiedzających. Ale można też oglądać kraj nieco inaczej, tak by wycieczka miała trochę szerszy kontekst i była bardziej edukacyjna.

1. Teza: stolica nie jest wizytówką kraju

Dotyczy to chyba większości stolic, a na pewno tych, które odwiedziłem (a było ich już kilka). Tak samo jest z Amsterdamem. Dlatego zawsze doradzamy odwiedzić to miasto na końcu wycieczki, po zobaczeniu innych miejsc. I zawsze efekt jest podobny: pytanie, albo stwierdzenie, że "to nie jest Holandia!" No nie, to duże miasto, które prawie nigdy nie śpi, ale w którym Holendrzy są prawie niewidoczni.
Także proponuję eksperyment: ustawić wycieczkę tak, by do Amsterdamu zawitać na końcu pobytu.

2. Wiatrak ma wiele zastosowań

Oglądając Kinderdijk i rząd równiutko ustawionych wiatraków czasami nasi goście zadają nam pytanie: tak naprawdę to po co im tyle? Dlatego zamiast Kinderdijk, proponujemy wycieczkę niedaleko Amsterdamu, do Zaanse Schans, gdzie w skansenie zgromadzono w sumie 13 wiatraków, które pokazują różne funkcje tej maszyny. Wycieczka na pół dnia, z widokami może nie tak malowniczymi jak w Kinderdijk, ale dająca odpowiedzi na wiele pytań: dlaczego już kilkaset lat temu Holendrom udało się osuszyć tereny depresyjne, jak mogli zbudować w XVII wieku flotę handlową i wojenną dorównującą angielskiej w znacznie krótszym czasie i przy mniejszym nakładzie sił ludzkich, dzięki czemu mogli masowo produkować klompy?

3. Kanały w Holandii są wszędzie

No, prawie wszędzie. Chodzi o to, że nie trzeba jechać do Amsterdamu, by posmakować ich urok i się po nich przepłynąć. Równie sympatycznie jest w Lejdzie, Delft, Utrechcie. Te miejsca to zresztą punkty wycieczki, którym spokojnie można poświęcić pół dnia albo i więcej. Na zdjęciach obrazki z Delft:

4. Holandia to koegzystencja ludzi, lądu i wody

To nie jest tak łatwe do wypatrzenia, ale wizyta w kilku miejscach może w tym pomóc.
Proponuję odwiedzić dowolną wieś, albo niewielkie miasteczko gdziekolwiek w Holandii (może poza prowincją Groningen). Co nas, Polaków, uderza to ogólny ład, porządek i czystość. To cecha, która została wykształcona przez wieki ciężkiej walki z wodą: aby żywioł był choć trochę przewidywalny, zabudowa i otoczenie musi być uporządkowane. 
Kto te zmagania chce prześledzić w większej skali, niech wybierze się do Zelandii, by obejrzeć projekt "Deltawerken" - inżynieryjny cud świata.
Jak to jest różne od krajów sąsiednich (i wyjątkowe dla Niderlandów), widać po przekroczeniu granicy z Belgią, czy Niemcami. Polecam przekroczyć granicę między tymi krajami, wybierając jedną z dróg lokalnych albo kolej, by przekonać się, o czym piszę. 
Tych, co interesują się urbanistyką albo architekturą miast, zachęcam do obejrzenia Rotterdamu. W tym mieście widać, że można nowe rzeczy budować z głową i tak, by w ogólnym zarysie nie kłóciły się istniejącą infrastrukturą.





niedziela, 24 lipca 2005

Stavanger i okolice

Ponieważ czujemy już pewne zmęczenie (dzisiaj mija tydzień), nie rzucamy się na nic wyczerpujcego. Oglądamy Sandnes (krótko, bo miasto nie jest ciekawe), potem jedziemy do Soli, nad morze. Niestety, zaczęło padać i wycofujemy się do Stavanger. Tam oglądamy lewobrzeżną część miasta. Jest bardzo ładna. Podobna do Bergen, tylko że domy są wyłącznie białe. Nie będziemy się rozpisywać, zdjęcia mówią same za siebie.