Pokazywanie postów oznaczonych etykietą skała. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą skała. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 7 października 2013

Przez Dolinę Ognia do Doliny Śmierci

Tytuł posta jest dramatyczny, ale tak biegła nasza droga. Celem był Furnace Creek w Death Valley. Tradycyjnie już po drodze szukamy ciekawych parków stanowych, które mogłyby nam zastąpić widoki w parkach narodowych. Takim miejscem był Valley of Fire, czyli Dolina Ognia. Jakie to szczęście, że jest to "zaledwie" park stanowy i pozostał on otwarty dla publiczności.
Dolina zawdzięcza swoją nazwę skałom o barwie ognia, które wydają się płonąć w świetle słonecznym:


Ale to miejsce ma dla każdego coś miłego. Formacje skalne, przypominające kształtem zwierzęta (na przykład słonie; ale można też spotkać foki, mrówkojada, czy dinozaura):


Jest też miejsce z petroglifami, czyli znakami jakie zostawili Indianie. Pełnego znaczenia tych symboli nie udało się jeszcze odczytać.

Mimo, że miejsce nazywa się Doliną Ognia, skały tutaj mają bardzo wiele kolorów i odcieni.





Grażyna, niestrudzony obserwator fauny i flory, zapoznała się z przedstawicielami mieszkańców Doliny:



Po krótkim postoju w Las Vegas pędzimy do Doliny Śmierci (Death Valley). 


Na miejscu jesteśmy już o zmroku. Nie idziemy jednak spać, bo podziwiamy rozgwieżdżone niebo:




sobota, 5 października 2013

Okolice Bryce

Nasza wieczorna "wyprawa" na granicę kanionu Bryce przekonuje nas, że nie warto dalej zajmować się tym kanionem. Dzięki Google+ (w szczególności +Krzysztof Felczak) z samego rana wybieramy się nieco na północny zachód od Bryce: do Red Canyon. Jest to bardzo podobne do Bryce miejsce, tyle że mniej rozległe.



Red Canyon ma status pomnika narodowego (National Monument), co dla nas oznacza, że jest oficjalnie zamknięty ze względu na rządowy "shutdown", ale dostępny dla zwiedzających. Zamknięte są punkty informacyjne oraz toalety. 


W drodze powrotnej z góry przeżywamy kilka bardzo emocjonujących chwil. Na stromiźnie takiej jak na zdjęciu powyżej Grażyna się poślizgnęła i zjechała kilka metrów. Na szczęście udało się jej wyhamować i skończyło się na podartych spodniach.

W przerwie na lunch jedziemy do odległego o 10 mil Panguitch: miasta z zabudową typową dla tej części kraju. Taką architekturę znamy z westernów.


Tradycja "Dzikiego Zachodu" jest w Panguitch podtrzymywana przez zapaleńców, którzy prowadzą sklepy z pamiątkami przypominającymi czasy Sundance'a Kida. 



W innym miejscu - sklepie wędkarsko-myśliwskim - znaleźliśmy holenderski wkład w kuchnię amerykańską, tzw. Dutch Oven, czyli holenderski piecyk.


Ten garnek przywędrował do Ameryki podobno z Ojcami Pielgrzymami, którzy wyruszyli z Holandii. Zyskał na popularności dzięki dużej uniwersalności i trwałości. My przeczytaliśmy o nim po raz pierwszy w książce kucharskiej, "American West Dutch Oven Cooking":


Po południu kontynuujemy wycieczkę po Red Canyon. Idziemy szlakiem "tunelowym". Faktycznie, po krótkiej wspinaczce możemy podziwiać dwa tunele, przez które przejeżdżaliśmy wcześniej:


W spacerze towarzyszy nam intensywny dźwięk - ni to brzęczenie, ni to grzechotanie. W końcu okazuje się, że wydaje go owad, przypominający naszego świerszcza. Jest tylko dużo większy:


Zachód słońca podziwiamy w parku stanowym Kodachrome Basin State Park. Po raz kolejny jesteśmy zadziwieni, że na niewielkim terenie ukształtowało się tak wiele rozmaitych form geologicznych. Kodachrome jest zupełnie inny niż Red Canyon, a te dwa miejsca dzieli zaledwie 52 km.


Oczywiście nie może się obyć bez dłuższej sesji zdjęciowej. Ale Grażyna nudzi się i wymyśla takie zabawy, jak łapanie cieniem za nogę:


Na koniec ciekawostka: ten park stanowy został nazwany na cześć legendarnego filmu fotograficznego produkowanego przez Kodaka w latach 1935-2010 (zdjęcie z Wikipedii).