Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wieś. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wieś. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 13 lipca 2014

Czarne - wieś, która była

Dzisiaj jedziemy na pieszy szlak do miejscowości o nazwie Czarne. Nazwanie tego miejsca "miejscowością" jest raczej nadużyciem. Czarne to pozostałości po wsi łemkowskiej, której mieszkańcy zostali wysiedleni w 1947 r. w ramach akcji Wisła. Jedyne ślady życia, które kiedyś tu się toczyło jest mały cmentarzyk, kilka kapliczek przy drodze oraz pamiątkowe "drzwi donikąd".


Do Czarnego dociera się jadąc z miejscowości Zdynie w stronę miejscowości Radocyna. W Zdyni należy skręcić z drogi 977 w bok, obok przydrożnego krzyża. Początkowo asfaltowa droga zmienia się po jakimś czasie w gruntową, ale jest przejezdna dla samochodu osobowego. Do Radocyny jedzie się jakieś 10 km. Po drodze mija się najpierw miejsce dorocznych zjazdów łemkowskich (Łemkowska Watra) oraz inną opuszczoną wieś o nazwie Lipna. Samochód najlepiej zaparkować pod hotelem (ośrodkiem szkoleniowo-wypoczynkowym) w Radocynie. Dalej do Czarnego wiedzie szlak pieszy - najpierw żółty, potem zielony. Można też jechać szlakiem rowerowym. Mapki przy hotelu oraz wejściu na szlak pomagają się zorientować. Zresztą szlak jest dość prosty, wiedzie drogami polnymi.


Miejsce robi duże, choć przygnębiające wrażenie. Ktoś kiedyś wyrwał całą społeczność z ich środowiska, przeniósł w zupełnie obce miejsce. Potem nie pozwolił wrócić, tam gdzie był ich dom...


Są też bardziej pozytywne akcenty po drodze. Na przykład spotykamy pasterza ze stadem owiec, przeprowadzającym je z jednego pastwiska na drugie.






środa, 18 lipca 2007

2007 - ostatni przejazd przez kraj-widokówkę

Znowu dzień w drodze. Ale jakże ciekawej...

Jedziemy z samego rana na południe. W planie przejazd trasą Peer'a Gynt'a - bohatera utworów Ibsena . Udaje się, choć trasa obfituje w ciekawe niespodzianki: samoobsługowa stacja pobierania opłat, krowy, które nie chcą usunąć się z drogi, zamieszkałe osady bez prądu. W każdym razie - warto było się przejechać.







Następny przystanek to Lillehammer. Po lunchu u Egona (a jakże!) pędzimy do parku olimpijskiego. Celem głównym są skocznie narciarskie. Obie można odwiedzić, wejść na koronę - super przygoda. Mieliśmy szczęście podziwiać młodych skoczków w akcji.




Grażyna bała się początkowo o ich życie, ale jakoś się oswoiła z myślą, że w końcu muszą wylądować... Po Lillehammer byłoby już bez historii... Byłoby, gdyby nie wypadek na E6. Przyblokował całą trasę na dłużej. Decydujemy się zaufać GPS i jedziemy trasą alternatywną przez wsie i lasy południowej Norwegii. Bardzo ciekawa wycieczka! Trochę długa, także na koniec każdy kilometr trasy jest ściśle odnotowywany. Na koniec docieramy do Hostelu Anker. Śpimy bardzo dobrze...